— Tak jak mnie? — podchwycił ironicznie Kruk. Summerson skrzywił się.
— Jeśli chce pan to koniecznie nazwać po imieniu…
Dalsze przedłużanie dyskusji było zbyteczne. Sytuacja jednak nie wyjaśniła się. Bernard uniósł się nieco na posianiu i wpatrując się w twarz prezydenta powiedział z naciskiem:
— Nie przyjmuję pańskich warunków.
Prezydent spojrzał zdziwiony. Przez chwilę nie mógł wymówić słowa.
— A cóż pan sobie wyobraża? — wykrztusił wreszcie. — Jeszcze panu mało?
— Nie przyjmuję pańskich warunków, gdyż nie chcę dochodzić do majątku przez współuczestniczenie w zbrodni.
Summerson przymrużył ironicznie oczy.
— Czyżbym miał wygłosić kazanie o czynach moralnych i niemoralnych w naszym społeczeństwie?
— Ja mówię poważnie. Nie widzę ani społecznej, ani osobistej potrzeby likwidacji owych przybyszów z Towarzysza Słońca. Nie upadłem jeszcze tak nisko, aby dla kariery dokonywać zbrodni.