Bernard mówił zupełnie szczerze i z takim przejęciem, że Summerson zorientował się, iż niewłaściwie ocenił pobudki, którymi kierował się młody konstruktor.

— Panie Kruk — usiłował nadać swemu głosowi jak najcieplejszy ton. — Nie wie pan, mój chłopcze, że oświadczenie pańskie, choć w tym wypadku nie ma pan racji, sprawiło mi wielką radość. Naprawdę, nieczęsto dziś spotyka się u nas ludzi, którzy mają tak zdrowe moralnie spojrzenie na życie, którzy umieją w sposób szczery i otwarty bronić czystości swego sumienia, nawet wobec możliwości utraty wspaniałych perspektyw kariery politycznej i szczęścia osobistego. Przecież rozumiem dobrze, jak wielką rolę odgrywa w pańskim życiu Stella. Jednocześnie smuci mnie, mój chłopcze, że tak niewłaściwie oceniłeś prezydenta. Czy pomyślałeś, że czynisz mi straszną krzywdę sądząc, iż zdolny jestem do popełnienia zbrodni dla własnych, egoistycznych celów?

Na twarzy prezydenta poczęły występować lekkie rumieńce, znać było, że dawał się coraz bardziej ponosić zapałowi krasomówczemu. Jako najwyższy zwierzchnik religijny często wygłaszał kazania w centralnej świątyni na 18 poziomie, a posiadając duży dar wymowy i zdolność przekonywania uważał je za szczególną formę wyżywania się intelektualnego. I teraz też, chcąc wzmóc swe oddziaływanie na Bernarda, przybierał ton coraz bardziej kaznodziejski.

Kontrast jednak między niedawnym targiem a obecnym tonem, wpadającym coraz częściej w moralizatorski patos, był zbyt wielki, aby mógł wywrzeć pożądane wrażenie na Bernardzie. Summerson zauważył, że popełnił błąd, i próbował uzasadnić swe poprzednie postępowanie:

— Tak! Uczyniłeś mi krzywdę, mój chłopcze. Lecz jest w tym również i moja wina. Chcąc wybadać pańskie oblicze moralne, musiałem celowo zastosować w pewnym momencie bardziej brutalne chwyty, co istotnie mogło wprowadzić w błąd. Dziwi mnie jednak, że pan, obdarzony taką przenikliwością umysłu i wyczuciem moralnym, nie zrozumiał istoty zagadnienia. Czyż nie widzi pan głębokiej treści, jaką kryje cel naszego istnienia? Cel, który każe nam nieraz w imię dobra ogólnego odrzucić precz tkliwość i wąsko pojętą niechęć do uczynienia komuś krzywdy? Czyż pan nie kocha Celestii? Czyż nie cieszy się pan spokojem, szczęściem i wolnością, tak jak cieszą się nimi setki ludzi naszego świata? Przecież nie zawaha się pan przeciwstawić bandycie, który usiłowałby zburzyć szczęście pańskiego domu, pozbawić pana tego wszystkiego, co dla pana jest drogie i święte, z czym zżył się pan od dziecka, co wreszcie zgromadził pan skrzętnie codziennym wysiłkiem swego mózgu czy mięśni? Przecież nie zawahasz się, mój chłopcze, przetrącić łapy zbirowi, który chciałby brutalnie zniszczyć twoje szczęście, szczęście Stelli, waszą szczęśliwą przyszłość, pełną radości życia przyszłość waszą i waszych dzieci? Dzieciństwo pańskie nie było łatwe — mówił dalej zalewając Bernarda potokiem słów. — Pański ojciec i matka musieli ciężko pracować i zawsze pragnęli, aby szczęście uśmiechnęło się do ich dziecka. Czyż pan mógłby patrzeć spokojnie na Stellę zmuszoną walczyć nieludzką pracą ponad siły o kawałek chleba? Stellę żyjącą w straszliwych warunkach na drugim czy siedemdziesiątym piątym poziomie? Czyż świat, w którym pierwszy lepszy czarny brudas miałby taki sam wpływ na sprawy państwowe, jak człowiek o wysokiej inteligencji i kulturze, to nie piekło? Bo chyba rozumie pan, że przez sam fakt, iż czarnych i szarych są tysiące, a nas bardzo niewielu — oznaczałoby to panowanie tłumu nad nami… Panowanie?! — zaśmiał się z sarkazmem. — Nawet taki los można uważać za szczególne szczęście, jeśli stałoby się to, do czego za wszelką cenę nie chcę dopuścić. Przecież owi przybysze nie tylko zniszczyliby naszą całą cywilizację i kulturę, nie tylko podeptaliby odwieczne, jakże głębokie w swej mądrości i użyteczności prawa, nie tylko sprowadziliby na miejsce naszej, jakże pięknej i wzniosłej, moralności swą zbrodniczą, brutalną, antyludzką i antyboską moralność obłąkańców. Oni, oddając władzę w ręce motłochu, którego jedyną żądzą jest grabież i zaspokojenie najniższych-instynktów, pozwolą niewątpliwie wyładować się jego nienawiści do nas, nienawiści do wszystkich tych, którzy swoją pozycją i intelektem górują nad tą cierpną, czarno-białą masą. Ja nie mam zupełnie złudzeń, że czeka nas już nie kulturalna, lecz fizyczna zagłada. Teraz chyba rozumie pan, co grozi nam, jeśli ich nie zniszczymy?

— To znaczy komu?

Słowa Kruka, wypowiedziane spokojnym, zimnym tonem, wpadły W potok wymowy Summersona nagłym zgrzytem.

Prezydent spojrzał ze zdziwieniem na konstruktora.

— Co „komu”?

— Dla kogo stanowią oni groźbę? Dla mnie czy dla pana? — wyjaśnił Bernard.