— Chcąc być szczery, muszę stwierdzić, że nie uważam, aby były one wystarczające. Nie wiem na przykład, co zrobiono w kierunku porozumienia się z przybyszami.

Pytanie było tylko pretekstem do wykonania możliwie bezpiecznej wolty. Bernard spodziewał się, że prezydent znajdzie tu łatwo wygodną dla siebie odpowiedź. Gotów też był udać, iż przyjmuje takie, choćby najbardziej wykrętne wyjaśnienie za dobrą monetę. Stało się jednak inaczej.

Summerson począł znów nerwowo przechadzać się po pokoju. Widać było, że szykuje się do decydującego ataku.

Odezwał się w końcu. Głos jego zmienił się nie do poznania. Był świszczący i złowrogi.

— Myślałem, że mam przed sobą uczciwego i rozsądnego człowieka. Myślałem, że w tych ciężkich chwilach, jakie przychodzą na Celestię, kto jak kto, ale ten, który tak wiele zawdzięcza Sialowi, rządowi, i mnie przede wszystkim, posiadając choćby trochę honoru i poczucia wdzięczności nie może nas zdradzić. A jednak — myliłem się. We własnym domu wychowałem wściekłego psa. Miast być pomocą w krytycznych chwilach, gotów on jest kąsać rękę, która go karmiła. Lecz mylisz się! Mylisz się, że możesz deptać odwieczne prawa rządzące Celestią. Mylisz się sądząc, że zdrada i szpiegostwo ujdą ci bezkarnie. Ty i twoi wspólnicy nie przeżyjecie dwudziestu czterech godzin.

Bernard zbladł.

— Powtarzam! Nie przeżyjecie dwudziestu czterech godzin! — syczał Summerson pochylając pełną złości twarz nad Krukiem. — Mam dosyć tego wszystkiego i jeśli natychmiast nie przystąpisz do zakończenia przebudowy miotacza, zginiesz nie tylko ty, lecz i twoi wspólnicy.

Bernard milczał. Zdawał sobie sprawę, że sam zapędził się w ślepy zaułek. Nienawiść i pogarda, bijące ze słów Summersona, stek obelg i wymysłów, którymi obrzucił Kruka, były nie do zniesienia. Bernard rozumiał, iż jeśli coś odpowie — nie wytrzyma i wybuchnie. A to by mogło zupełnie pogrążyć jego sprawę. Gdyby jeszcze chodziło tu tylko o niego samego, to nie wahałby się spojrzeć śmierci w oczy. Ale czy miał prawo ryzykować życie Roche'a i Daisy Brown, a może również tamtych zbliżających się gdzieś z głębi kosmicznych ku Celestii?

Summerson spojrzał na zegarek.

— No więc?! — zawołał ochryple. Bernard nic nie odpowiedział.