— A więc dobrze. Pożałujesz tego… — wycedził wolno prezydent. Widocznie jednak nie stracił jeszcze nadziei, że Kruk zmięknie, bo kierując się ku drzwiom dodał: — Daję ci ostateczną szansę. Za piętnaście minut oczekuję odpowiedzi. Masz wystarczająco dużo czasu do namysłu.

Gwałtownym ruchem rozsunął drzwi i wyszedł z pokoju.

Bernard został sam. Nie mógł pojąć, w jaki sposób znalazł się w tak beznadziejnej sytuacji. Przecież właściwie wszystko, co robił, było słuszne — utrzymał do końca Summersona w mniemaniu, że jest niezastąpiony. Gdyby nie ten jeden fałszywy krok.

Teraz powinien był skapitulować, choćby pozornie, aby tylko odzyskać wolność ruchów, a może znalazłby jakieś wyjście. Nie łudził się, że przebudowanie miotacza usunie groźbę wiszącą nad ich trojgiem. Od początku rozmowy wiedział, że Summerson, nawet jeśli plany jego w pełni się powiodą, będzie chciał usunąć niewygodnych świadków. Dlatego też stawiał na jedną kartę. Tu jednak chodziło nie tylko o życie. Najgorsza ze wszystkiego była wątpliwość, czy będzie mógł zahamować budowę i nie dopuścić do zniszczenia rakiety. Przecież prezydent będzie czynił wszystko, aby temu zapobiec.

Mijały — minuty. Kruk począł już z niepokojem nasłuchiwać, czy nie nadchodzi prezydent. Wiedział, że musi się zgodzić na dalsze prowadzenie przebudowy miotacza, aby tylko zyskać na czasie, lecz czuł, jak ciężka będzie dlań kapitulacja.

Drzwi rozsunęły się bezszelestnie. Stanęła w nich pielęgniarka ze strzykawką. Bernard, który spodziewał się, że to prezydent, odetchnął z ulgą.

— Doktor kazał panu zrobić jeszcze jeden zastrzyk, gdyż prezydent mówił, że czuje się pan po rozmowie niedobrze.

Podał bez słowa ramię.

Pielęgniarka wyszła i znów pozostał sam. Wiedział już, że skapituluje, i przygotował się do tego.

Już chyba minęło piętnaście minut… Dlaczego prezydent się nie zjawia?