Wydali mu się młodzi i bardzo piękni. Jakże pragnął znaleźć się wśród nich duszą i ciałem.
W tok jego marzeń wdarł się ostry zgrzyt: miotacz. Dla jego przebudowy przebiegły i skąpy Summerson stawiał wszystko na szalę: pieniądze, swój autorytet, nawet jedyną córkę. O, jakże bardzo musiało mu zależeć na powodzeniu tego przedsięwzięcia!
„Jakiego przedsięwzięcia?” — zapytywał sam siebie Horsedealer, ale nieprzenikniona ciemność i milczenie były mu jedyną odpowiedzią.
W pewnej chwili wyobraził sobie, że ludzie z Towarzysza Słońca, tamci ludzie, lecą ku niemu. Jak lecą, nie wiedział. Może w takiej malutkiej rakietce, jaką Summerson wylatuje na przejażdżkę po ciemnym niebie, podobnym do przeogromnego naczynia wypełnionego gwiazdami? Tam jednak mogłoby się zmieścić tylko parę osób. A może zbudowali drugą Celestię, tylko szybszą i po 400 latach doganiają ich?
Był głęboko przekonany, że świat, w którym się urodził, jest dziełem ludzkich rąk, a nie boskim podarunkiem ofiarowanym sześćdziesięciu sprawiedliwym, jak uczyła Biblia. Dlaczegoż więc tamci ludzie na Ziemi nie mogliby w pięćdziesiąt albo sto lat później zbudować podobnego świata i przy użyciu znaczniejszych zasobów energii nadać mu prędkość większą od tej, jaką ma Celestia? Ale po co? W jakim celu by wylecieli?
A w jakim celu wyleciała Celestia?
„My wylecieliśmy z Towarzysza Słońca w strachu przed diabłami i kierujemy się ku obiecanej przez Boga Juvencie. Bardzo pięknie! — ironizował dalej. — Lecz przed kim by uciekały owe diabły?”
Zdrowy rozsądek nakazywał mu traktować myśl o pojawieniu się drugiej Celestii jako mglistą hipotezę. Ale opanowało go przemożne pragnienie ujrzenia Bernarda Kruka, pogadania z konstruktorem, wydobycia od niego reszty tajemnicy napisu i miotacza.
Jednocześnie owładnęło nim ponowne uczucie potęgującego się pragnienia. Popękane od gorączki wargi spuchły, wyschnięte gardło paliło niemiłosiernie. Wysiłkiem woli Horsedealer wstał z posłania, okrył się starą płachtą i postąpił parę kroków w ciemności.
Przystanął. Coś zawirowało mu w głowie, dreszcz zakołysał całą jego postacią. Zrobił jeszcze krok, drugi, trzeci. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Wyciągnął rękę przed siebie szukając oparcia.