Nowa próba przełamania bezwładu ogarniającego ciało, ostry ból w skroniach i William Horsedealer padł na podłogę tuż pod drzwiami.

Nie pamiętał, jak długo leżał.

W mrugającym blasku kaganka, sporządzonego z wąskiego paska jakiejś grubej materii zanurzonej w oliwie, ujrzał nad sobą znajomą twarz. Margaret Stone patrzyła ze współczuciem na starego nauczyciela.

Horsedealer uczuł na języku słodkawy smak płynu. Przełknął z trudem łyk jeden, drugi. Nieznośny, kłujący ból w skroniach przeciął brutalnie kojące uczucie, jakie wraz z chłodnym płynem poczęło rozlewać się po jego ciele. Przymknął kurczowo powieki.

Kobieta postawiła na ziemi kaganek i kubek z wodą, po czym dźwignąwszy w górę bezwładne ciało chorego ułożyła go z powrotem na posłaniu.

— Pić… — wyszeptał.

Przycisnął gwałtownie wargi do zimnego metalowego kubka i łapczywie chłonął jego zawartość. Powoli wracały siły.

Sąsiadka zakrzątnęła się po izdebce i poprawiając choremu posłanie mówiła:

— Aleś się, staruszku, urządził! Pewno byś się przejechał do zakładów Morgana, gdybym tu przypadkiem nie wpadła. Widzę, że nie masz co do gęby włożyć — ciągnęła szperając w skrzyni, gdzie filozof zwykł był trzymać żywność. — Dlaczego kryjesz przed swoimi, że ledwie ciągniesz? Wszystkim pomagasz, a o sobie nie pomyślisz.

— Inni więcej potrzebują — wargi chorego poruszyły się z wysiłkiem.