— Co ci dać? — Margaret Stone nie mogła zrozumieć.

— Bernarda Kruka! Przyprowadź! No, konstruktora! Nie wie pani?

— Ach tak. Ale po co ci on? Znasz go dobrze? Powiedz, czego ci trzeba, ja się chętnie zakrzątnę. Ale po co tu Kruk?

— Muszę natychmiast go widzieć. Pani rozumie? Koniecznie! Natychmiast! Zrobi to pani dla mnie? Zatelefonuje do niego. Budka jest niedaleko stąd! Powie mu pani, że…

— Nie pleć głupstw. On nie przyjdzie — przerwała Margaret.

— Ależ ja wiem…

— Ja wiem — nie dała mu skończyć — że prezydent przyłapał go gdzieś na zewnątrz. Podobno jak uciekał… A zresztą, co i jak, nie wiem, dość, że jest aresztowany… i niebezpiecznie nawet pytać o niego. To tylko zawracanie głowy! Sam widzisz…

Horsedealer niczego nie widział, chociaż miał oczy szeroko otwarte…

Prezydent zastał córkę w salonie. Nie spała jeszcze. Niepokój dziewczyny nie uszedł uwagi ojca. Nie miał pewności co do jego przyczyny, ale pożałował, że mówił Stelli o możliwości jej małżeństwa z konstruktorem. Mógłby bowiem teraz przemilczeć dalszy bieg wypadków.

— Chcę ci powiedzieć, że wszystko w porządku.