— Ale jak do tego nie dopuścić?

— Nie wiem. Nie wiemy zresztą, jak daleko od nas znajduje się rakieta. W każdym razie trzeba działać. Liczę na Horsedealera. Dużo jest racji w tym, co mówiłeś. Niestety, rozmowa z Summersonem wbrew mojej woli zeszła na ślepe tory. Nie wytrzymałem nerwowo. Wiem, że na mnie spada w dużym stopniu wina za sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, i rozumiem twoje rozgoryczenie. Ale, wierzcie, nie chciałem tego. Zresztą, nie myślcie, że chcę w ten sposób zmniejszyć moją winę, lecz wydaje mi się, iż nasz los został przypieczętowany przez Summersona jeszcze wczoraj, gdy kazał nas zamknąć na zewnątrz. Bo z pewnością była to jego sprawka.

— No, ale po co on to wszystko robi?

— Myślę, że tu chodzić musi o większą stawkę, niż się nam zdaje. Sprawa nie jest tak prosta. Tu nie chodzi o obronę świata przed zagładą.

— A więc? Czego się domyślasz? — zapytał Roche.

— Cała sprawa zdaje się polegać na tym, że to, co zwykliśmy nazywać Piekłem, nie jest wcale piekłem.

— Nie rozumiem.

— Podejrzewam, że ci mieszkańcy Towarzysza Słońca, przed którymi uciekli nasi przodkowie, byli to jacyś konkurenci natury gospodarczej i politycznej wielkich rodzin rządzących od wieków Celestią. I Summerson, który wie bardzo dużo, obawia się, iż oni mogą jego i jemu podobnych wysadzić z fotela.

— Na jakiej podstawie tak przypuszczasz?

Bernard nie zdążył odpowiedzieć. Podniósł wzrok ku sufitowi. Światło raptownie przygasło — raz, drugi i trzeci…