— Za 95 minut, tuż przy krawędzi tej jasnej, okrągłej tarczy znajdującej się u podstawy miotacza. Według starych planów jest to platforma do lądowania pojazdów rakietowych mająca znaczną wytrzymałość. Oczywiście, ostrożność jest tu przesadzona, ponieważ uderzenie nie może spowodować żadnej szkody. Chyba gdyby tu stał człowiek, no to… Ale to byłby nadzwyczajny zbieg okoliczności — skończył i spojrzał na astronoma pytająco. Andrzej zamyślił się.

— Dlaczego wyłączyli miotacz? — rzekł po chwili na wpół do siebie.

— Może sądzą, że kule wystrzelone przez Witię są pojazdami załogowymi — podsunął Kalina. — Może nie potrafią określić ich kształtu i wielkości. A spodziewając się, że to być może jakaś nasza ekipa, nie chcą jej zniszczyć i dlatego wyłączyli miotacz.

— A dlaczego nie korzystają z radia? To byłoby znacznie prostsze i rozsądniejsze — wtrącił Sokolski.

— Praktycznie więc pozostaje czekać na dalszy rozwój wydarzeń — odrzekł spokojnie astronom.

— Nie bardzo mi się uśmiecha czekanie…

— Otóż i mamy dalszy rozwój wydarzeń! — zawołał triumfalnie Kalina i zerwawszy się z fotela podbiegł do ekranu pantoskopu.

W centrum pomalowanej białą farbą płyty, pod grzybem miotacza badonowego zabłysnął jasno oświetlony, owalny otwór.

Astronom manipulował chwilę gałkami. Okrągła platforma służąca do lądowania pojazdów rakietowych zajęła centralne położenie i poczęła szybko rosnąć. Po kilkunastu sekundach wypełniła sobą cały ekran. Jednocześnie w oświetlonym otworze ukazała się ciemna sylwetka człowieka w skafandrze.

Krawczyk, Sokolski i Kalina z napięciem wpatrywali się w jasną plamę włazu. Metalowa siatka ażurowej konstrukcji miotacza zakrywała nieco obraz, bez trudu jednak można było stwierdzić, co dzieje się pod grzybem.