Fotel wydawał się zawieszony samotnie wśród ogromu wszechświata. Tylko pięć wielkich, czarnych łap, rozchodzących się promieniście od podstawy fotela, przypominało, że widok roztaczający się przed oczyma człowieka pilotującego „Łazika” nie jest bezpośrednią rzeczywistością, lecz obrazem świata widzianego wzrokiem robota-zwiadowcy. Robota oddalonego o kilkanaście tysięcy kilometrów od Astrobolidu.

Kalina przebiegł palcami po klawiszach.

Ogromna ściana Celestii jakby zachwiała się i runęła. Prostokątne płyty almeralitowego pancerza rosły w oczach, zdając się lada moment zwalić na pilota.

Znów palce przesunęły się po klawiaturze.

Zbliżająca się szybko szara powierzchnia olbrzymiego dysku dokonała nagłego obrotu o 90 stopni i poczęła uciekać w tył, jak nawierzchnia lotniska widziana ze startującego samolotu. W dole, niemal pod stopami, mignęły oświetlone reflektorem pręty ażurowej czaszy miotacza.

Kalina podniósł dłoń.

Uciekająca ściana obróciła się o 180 stopni, zachybotała i zamarła w bezruchu.

W odległości 30 metrów przed Kaliną rysował się wyraźnie pomost z umieszczonym na jego krawędzi reflektorem. W oświetlonym włazie stała jakaś nowa postać w skafandrze. Poniżej, na pomoście, znajdowały się dwie inne, nie licząc człowieka przy reflektorze. Pod czaszą miotacza pracowało w dalszym ciągu trzech ludzi. Władek zauważył, że hełmy ich łączą długie, cienkie nici przewodów.

„Więc jednak nie mają radia — przebiegło mu przez głowę. — Te przewody to kable telefoniczne. Ale skąd ten tajemniczy głos pochwycony przez Rite?” — zastanawiał się.

Jedna ze stojących na pomoście postaci poczęła gwałtownie wymachiwać rękami, dając jakieś znaki ludziom znajdującym się na głowicy miotacza. Widocznie zauważono sygnały, bo po chwili jeden z nich oderwał się spod szczytu grzyba i zręcznie manewrując pistoletem odrzutowym wylądował na pomoście.