W otworze włazu pojawił się osobnik z pistoletem elektrycznym — ten sam, który zastrzelił jednego z napastników. Zeskoczywszy na pomost przykucnął w cieniu i począł mierzyć w stronę oświetlonych reflektorem postaci napastników pod grzybem miotacza.

Kalinie zabiło gwałtownie serce.

Przecież on ich powystrzela, wszystkich po kolei. Dość tego!

Palce przebiegły po klawiaturze.

Obraz miotacza, reflektora i ludzi w skafandrach zawirował gwałtownie i w szalonym tańcu wybiegł naprzeciw Kaliny. W ułamku sekundy mignęła mu przed oczyma zza szyby hełmu wykrzywiona strachem twarz. Już z boku ujrzał skierowaną w swą stronę lufę pistoletu elektrycznego.

Oślepiający błysk na kulistym ekranie — i głuchy stuk rozległ się w kabinie kierowniczej.

— Nie takich pocisków trzeba na „Łazika”! — wybuchnął nerwowym śmiechem Kalina i wykonawszy nagły skręt zawisł na chwilę nad niemal obłąkanym ze strachu człowiekiem w skafandrze. Mężczyzna wypuścił z ręki pistolet, zakrył konwulsyjnie ramionami szybę hełmu i osunął się zemdlony na pomost.

Palce młodego fizyka znów przesunęły się po klawiszach.

Biało pomalowana płyta zapadła się jakby w otchłań wszechświata, stając się dużym, jasnym krążkiem.

Kalina odruchowo sięgnął do czoła. Uczuł pod palcami krople zimnego potu. Ostatnie minuty przeżył tak, jakby sam naprawdę znajdował się w robocie-zwiadowcy, odległym od niego o ponad 17 tysięcy kilometrów lodowatej pustki kosmicznej.