— Co to ma znaczyć? — zaniepokoił się Wiktor. — Dlaczego miotacz nie działa? I te gwałtowne ruchy…

Ażurowy grzyb znów zamarł. Upłynęła dłuższa chwila.

Nagle miotacz wykonał subtelny, płynny, niemal niewidoczny ruch i oślepiający błysk rozświetlił ekran.

Przymrużyli oczy nie mogąc znieść kłującego blasku. Po dwóch sekundach — nowy błysk, ciemność i znów błysk.

— Jednak zdążyli — rozległ się w ciszy głos astronoma.

— Poniżej 3000 km od CM-2? — zdziwił się Sokolski spoglądając na zegarek.

Nastrój przygnębienia, wywołany ponurą sceną walki, ustąpił miejsca nowym uwagom i domysłom. Rozpoczęła się ożywiona dyskusja. Przede wszystkim odtworzono z zapisu wszystkie sceny zaobserwowane i utrwalone przez pantoskop i „Łazika”.

Ocena przyczyn niezwykłych wydarzeń była jednak dość rozbieżna. Wyłoniły się dwa poglądy. Pierwszy, reprezentowany przez Andrzeja, Wiktora i Ritę tłumaczył zajście jako epilog jakichś wewnętrznych porachunków między ludźmi zamieszkującymi Celestię, porachunków nie mających nic wspólnego z obecnością Astrobolidu. Faktem przemawiającym za tym był przestrach, jaki wywołało pojawienie się „Łazika”. Punktem wyjścia była hipoteza, że przerwa w pracy miotacza mogła wyniknąć z przypadkowego uszkodzenia. Opierając się na tym, że napastnicy kierowali swe ataki wyłącznie ku jednej osobie, nie zaś przeciw wszystkim przybyłym w pierwszej piątce ludziom, tłumaczono zajście jako wykorzystanie okazji do załatwienia porachunków bez niczyjej ingerencji zewnątrz. Słaba strona tej hipotezy było to, iż dwóch ludzi z pierwszej grupy zaopatrzonych było w broń, co wskazywałoby na to, że spodziewali się ataku.

Z gruntu odmienny pogląd reprezentowali Kora, Igor, Wladek i Suzy. Uważali oni, że uszkodzenie miotacza nie było przypadkiem, lecz dokonane zostało przez grupę napastników dla jakichś określonych celów, prawdopodobnie związanych z obecnością Astrobolidu. Celem akcji byłoby wice niedopuszczenie do naprawy miotacza. Łatwo również dało się wytłumaczyć, czemu kierowała się ona przeciw jednej osobie, wobec zgodnej opinii Władka i Suzy, że był to z pewnością kierownik montażu.

Hipoteza ta, znajdująca wielu zwolenników wśród innych uczonych, biorących udział w dyskusji, miała niestety jeden punkt łatwy do podważenia, zdaniem Sokolskiego i Brabca uszkodzenie głowicy możliwe jest tylko z zewnątrz, zamachowcy musieliby więc w chwili ustania sygnałów miotacza znajdować się na pomoście. A przecież gdy Andrzej włączył pantoskop, natychmiast po wiadomości przekazanej przez Rite, nikogo tam nie było. O tym, że obecność monterów na głowicy nie miała na celu tylko kontroli, świadczył zaobserwowany fakt, iż wymieniano jakieś przewody czy nawet części urządzeń sterujących.