— Jeśli ich strefa dezintegracji kończy się w odległości 3000 km, to mają tylko piętnaście minut czasu.

Rozmowa urwała się.

Wszyscy z napięciem wpatrywali się w ekran.

Do zapowiedzianego przez Sokolskiego terminu brakowało blisko trzech minut, gdy dwóch ludzi pracujących w skafandrach przy głowicy miotacza wylądowało na pomoście. Po chwili w otworze włazu znikła i trzecia postać.

Krawczyk zmienił stopień powiększenia i na ekranie ukazała się cała tarcza do lądowania pojazdów rakietowych. Przy jej krawędzi rysowały się wyraźnie ciemne punkty.

— To nasze papierowe pociski — rzucił szeptem Wiktor wskazując ręką.

Naraz wielka czasza miotacza drgnęła i poczęła wolno obracać się w kierunku przeciwnym ruchowi Celestii. Wkrótce czas jej obrotu względem almeralitowego dysku zrównał się z czasem jego obrotu wokół osi i ażurowy grzyb zamarł w bezruchu na ekranie.

Jednocześnie rozległ się okrzyk śledzącej pracę swych przyrządów Rity:

— Włączyli! Znów włączyli miotacz!

Czasza przechylała się w jedną, to znowu w drugą stronę.