— Bo tam… — oczy Harry'ego stały się jeszcze bardziej wyłupiaste. — Tam piekło!

Nachylił się gwałtownie do ucha Bernarda i szeptem, jakby zdradzając mu jakąś wielką tajemnicę, wyrzucił z siebie:

— Lochowi zdechły trzy zielone kozy.

— Zielone?

— Tak. Sam widziałem, jak wyciekały im z rogów. To były aktualne, małe, żółte Greeny. A ty jesteś przeciwny?

— Ależ skąd? — zaprzeczył pośpiesznie Kruk. — Zgadzam się z tobą zupełnie. Ale, niestety, teraz nie mam czasu. Przyjdę do ciebie do domu, to porozmawiamy.

— Idziesz? — zapytał obłąkany nie wypuszczając go z objęć.

— Muszę!

— No to idź! Ale nie tędy! Nie tędy! — tu grozi ci śmierć. Śmierć! Piekło!

Puścił Kruka zagradzając mu jednak drogę. Ten wahał się chwilę, wreszcie doszedłszy do wniosku, że nie warto drażnić wariata, rzekł: