— No, to do widzenia — i zawrócił ku bocznej, krótkodystansowej windzie. Już dochodził do zakrętu, gdy rozległ się za nim okrzyk:
— Ber!
— Czego chcesz?
— Pamiętaj! Unikaj starego diabła! Koniecznie! Z zielonymi nogami… sto-ło-wy-mi!
— Dobrze! Dobrze!
Bernard przyśpieszył kroku. Jeszcze zza rogu dobiegło go ochrypłe wołanie:
— Niech będzie pozdrowione po wszystkie czasy święte imię naszego genialnego diabła, jego ekscelencji prezydenta Edgara Summersona, i jego wiernego sługi, konstruktora Kruka!
Bernard pojechał na 18 poziom, aby dojść najkrótszą drogą do windy centralnej.
Przed wejściem do siedziby prezydenta stało dwóch strażników z elektrytami przewieszonymi przez ramię. Strażnicy wyprężyli się na widok głównego konstruktora rządowego.
„Gdybym mógł teraz spotkać się ze Stellą — pomyślał Kruk. Ileż tajemnic, do niedawna najskrytszych, miałby jej dziś do wyznania! Co ona teraz powie, po oficjalnie wyrażonej zgodzie ojca na ich małżeństwo? Jeszcze wczoraj wydawać się to mogło baśnią z rzędu tych najbardziej niedorzecznych”.