Mimo prezydenckiego przyrzeczenia i znacznej dozy pewności, że powierzoną sobie pracę wykona w terminie, Bernard czuł jednocześnie jakby lęk przed tym spotkaniem. Wiedział, że w zakłopotaniu nie otworzy ust, w przeciwieństwie do dotychczasowych spotkań na basenie, tylekroć wypełnianych beztroskim śmiechem obojga. Śmiech ten na pewno nie był miły Summersonowi, gdy wszędobylskie „wierne oczy” i „wierne uszy” informowały go w wieczornym uniżonym raporcie o jednym więcej dniu Celestii, który odpłynął w przeszłość.

Na plantach otaczających siedzibę rządu panował jak zwykle w tych godzinach niewielki ruch. Jednostajnie mrugał mieniący się wszystkimi barwami tęczy wielki napis na suficie: „Niech żyje najmędrszy, najsprawiedliwszy ojciec wszystkich ludzi, prezydent Edgar Summerson!”

Bernard spojrzał odruchowo na napis i uczuł nieprzyjemny dreszcz. Przypomniały mu się słowa Harry'ego.

Podszedł do windy i miał zamiar pojechać w górę, gdy w otwartych drzwiach ukazały się dwie postacie.

Profesor Schneeberg wysunął się naprzód z wyciągniętymi rękami. Za nim podążał Williams, sekretarz osobisty prezydenta.

— Nareszcie cię mamy!

— Powinszować! — wtórował Williams.

Kruk odczuł serdeczność powitania, ale nie rozumiał, o co chodzi. Przybysze popatrzyli na siebie ze zmieszaniem. Byli zaskoczeni.

— Czyżbyś się nie cieszył? — zapytał Schneeberg.

— Z czego?