— Ależ nie, ekscelencjo. Leciał, tak jak mówię. Leciał wprost na mnie.

— No i doleciał? — ironicznie zapytał prezydent.

— Nie. Zatrzymał się w miejscu. Wtedy kiedy broń wypadła mi z ręki. To nie była moja wina — pośpiesznie usprawiedliwiał się policjant. — Zresztą parę minut wcześniej zabiłem jednego bandytę. Mam świadków. Inspektor zapisał mi to w kartotece.

— Hm… to ty zabiłeś napastnika? A więc powinienem ci wierzyć. Ale skup się teraz. Uważaj, o co pytam, i rzeczowo odpowiadaj. A więc: kiedy pierwszy raz zobaczyłeś tego diabła?

— Zobaczyłem go, gdy mierzyłem do bandytów. Przykucnąłem w cieniu i mogłem ich wszystkich po kolei powystrzelać. Obracali się w świetle reflektora jak tarcze na ćwiczeniach. Przecież mnie nie pierwszyzna strzelać…

— Do rzeczy! — przerwał prezydent. — Jak daleko było to coś, kiedy je zauważyłeś?

— Blisko. Może dwadzieścia metrów, może dziesięć. To podlatywało bardzo szybko. Strzeliłem do niego…

— No i co? — zaciekawił się prezydent. — Spudłowałeś ze strachu?

— Chyba nie. Był niedaleko. Widocznie też poczuł uderzenie, bo zaraz się odwrócił i wali wprost na mnie. Straszny był! Wtedy uwierzyłem, że to diabeł. To było okropne!

Groza malująca się na twarzy policjanta wzbudziła zaufanie Summersona do jego słów. Chcąc się jednak jeszcze upewnić, podstępnie zapytał: