Summerson odepchnął aparat telefoniczny i położył dłonie na biurku.

„Z Lunowem stanowczo źle. Goni resztkami sił. Nie wiem, czy można na nim polegać — rozmyślał. — Chociażby ta niezgodność pomiędzy wynikami jego obserwacji a działaniem miotacza, który chyba nie narobił fałszywego alarmu. Lunow widział jedno ciało bardzo drobne, lecące wprost na Celestię, a drugie okrągłe, o którym twierdził, że się „skradało”. Troi mu się w oczach, czy co? Może zresztą wyobraża sobie, że mu za każdą taką sensację zapłacę osobno?”

Nagle prezydent skojarzył meldunek astronoma z opisem diabła. Niedawno słyszał od policjanta o czymś jeszcze dziwniejszym niż raport Lunowa. „Tak, to jak gdyby się zazębiało. A więc… Czyżby ów niesamowity diabeł mógł być czymś więcej niż halucynacją? A nuż Czerwoni postanowili zniszczyć Celestię?”

Myśl ta coraz bardziej nie dawała mu spokoju.

Postanowił odwiedzić Lunowa.

Stan astronoma potwierdził najgorsze obawy. Zaczerwienione powieki i błędny wzrok, niezmierny wysiłek malujący się na twarzy starca, gdy usiłował skupić myśli, aby odpowiadać na pytania prezydenta — nie wróżyły nic dobrego. Obawiając się, że Lunow może opaść zupełnie z sił, Summerson kazał policjantom wnieść zabraną uprzednio kanapę i nakazał astronomowi, aby się przespał.

Po dwóch godzinach obudził uczonego i powróciwszy do mieszkania stanął w swoim prywatnym gabinecie przed planem Celestii. Wyciągnął już rękę, gdy na dźwięk umownego dzwonka cofnął ją szybko. W drzwiach stał Godston.

— Gdzie są zbiegowie? — rzucił Summerson bez wstępu, siadając za biurkiem. — Chcę ich zobaczyć; żywych czy umarłych — to mi zupełnie obojętne. Ich ujęcie i zlikwidowanie jest konieczne do przywrócenia spokoju. No?

— Mogę zameldować ci z satysfakcją, że… uśmiercili się sami.

— Pokaż trupy! Godston zmieszał się.