— A więc? Gdzie leżą?
— Właściwie, to oni lecą…
— Co takiego?
— Przeszło dwie godziny temu doniosłem ci telefonicznie, że bandyci są osaczeni i nasza policja spycha ich w kierunku osi Celestii. Aż tyle czasu trzeba było stracić na użeranie się z nimi! Ostrzeliwali się, wypompowywali powietrze z niektórych pomieszczeń na najwyższym poziomie, wreszcie uciekli przez śluzę. Ale ponieważ ze śluzy pozostało im tylko jedno wyjście, a mianowicie wyjście na zewnątrz więc albo się udusili z braku tlenu, albo powoli jeszcze zdychają. W każdym razie jest to likwidacja całej bandy. Coś mi się za to należy, kochany wuju!
— Owszem, skoro stwierdzę ich śmierć. A dlaczego powiedziałeś, że lecą? — zmienił temat Summerson.
— Bo… — stropił się trochę dyrektor policji —…jeśli wyskoczyli w pustkę, to pewno lecą. Może załamali się nerwowo, gdy doszli do przekonania, że nie ma już dla nich ratunku, może nie mogli znieść tortury powolnego duszenia się…
— Do rzeczy! Fantazje odstąp Greenowi, on za to płaci. Ja płacę tylko za fakty. Czy mieli dostęp do skafandrów?
— No chyba. Jakby inaczej wyszli?
— Czy w tych skafandrach również uszkodzone zostały wczoraj urządzenia nadawczo-odbiorcze?
— Oczywiście. Sam pilnowałem montera, tak jak kazałeś. Przecież już Bradley montując miotacz porozumiewał się tylko telefonicznie. Wczoraj w południe wszystko było gotowe.