Wiadomość ta została przyjęta przez Summersona spokojnie.
— Poczekamy, zobaczymy — powiedział marszcząc czoło. — Dla pewności sprawdź pan jeszcze raz obliczenia.
Nagły telefon Roche'a z zewnątrz i nieoczekiwane zerwanie łączności w najbardziej dramatycznym momencie wstrząsnęło Lunowem. Nietrudno było domyślić się, czyją ręką zostało przerwane połączenie. Najgorsze przeczucia znalazły potwierdzenie w brutalnym zachowaniu się Summersona, grożącego mu powieszeniem, jeśli się ośmieli z kimkolwiek rozmawiać o rakiecie. Astronom dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że za słowami tymi kryje się wyrok śmierci na niego z chwilą, gdy przestanie być potrzebny prezydentowi.
Fakt kilkakrotnego zniknięcia rakiety L pola zasięgu radiosondy przy jednoczesnym stwierdzeniu jej obecności przez teleskop wywołał gniew Summersona. Posypały się oskarżenia, że astronom celowo uszkodził sondę, że zdradza Celestię i pragnie jej zguby. Przestraszony starzec starał się wytłumaczyć prezydentowi, że nie ma w tym jego winy, a dziwne zjawisko musi mieć swe źródła tylko w samej rakiecie.
Prezydent zmienił taktykę. Stwierdziwszy, że groźbami daleko nie zajedzie, oświadczył uroczyście:
— Profesorze! Nie chciałem pana przerażać, ale widzę, że moje intencje mogą być źle zrozumiane. Sprawa rakiety ma większą wagę niż moje i pańskie życie. Tak, profesorze, śmiertelna groźba zawisła nad Celestią! W rakiecie tej — wstrzymał oddech dla wywołania tym większego wrażenia — znajdują się diabły z Towarzysza Słońca. Czy pan rozumie, co to oznacza?
Tylko nerwowe drżenie warg astronoma było odpowiedzią.
— Chcą nas zniszczyć! — ciągnął prezydent. — Chcą zniszczyć Celestię! Jedynie ja jestem w mocy uchronić świat od zagłady. Przygotowania do obrony dobiegają końca. Ale na to, aby była ona skuteczna, konieczne jest ścisłe zachowanie tajemnicy. Sam pan, profesorze, przytoczył mi dowody, jak diabelskimi środkami dysponują te potwory. Możemy działać tylko przez zaskoczenie — tłumaczył chaotycznie. — Pan nie wie, ale ja wiem, jak o n i umieją tumanić głupi tłum. Gdyby tajemnica przesiąkła poza ściany tego obserwatorium^ znaleźliby się zdrajcy, którzy by sprzedali Celestię za doliody.
— Za doliody? — powtórzył jak echo astronom.
— Dlaczego nie mogliby mieć doliodów, aby przekupić jakichś bandytów? Oczywiście fałszowanych doliodów — Summerson usiłował jakoś wybrnąć z niefortunnego określenia. -Zresztą, to nieważne, w jaki sposób, w każdym razie niebezpieczeństwo takie istnieje.