Nacisnął guzik dzwonka.

Po chwili przed prezydentem stanął lokaj Mikę.

Summerson wymownie patrzył na otwartą szufladę.

— Mikę! Z mojego biurka zginął koniak! Co złodziej ma na swoje usprawiedliwienie?

— Cztery lata służę u ekscelencji, a teraz miałbym się na koniak połakomić? Ja nie piję.

— Tym bardziej ciekawi mnie, komu zależało na tej butelce. Ale nie martwię się, bo będzie ukarany: to był zatruty koniak. Chodziło mi przede wszystkim o to, żebyś ty go nie wypił. Bo ostatecznie nie narzekam na ciebie. A ten łajdak, który napił się mojego koniaku, za dwa tygodnie umrze na wrzody w kiszkach.

Prezydent patrzył uważnie na lokaja. Ale twarz młodego sługusa, prawie zawsze nieczytelna, wyrażała zupełną obojętność.

„Ani śladu zaniepokojenia — denerwował się Summerson. — Czyżby Mikę nie wypił koniaku?”

— Wierzę, że ty nie wypiłeś — podjął. — Ale podejrzewam, że ty tę butelkę stąd zabrałeś. Dlaczego odważyłeś się wejść do mego gabinetu? No, szybko!

— Ja tu nie byłem nigdy bez wiedzy ekscelencji. Zresztą ekscelencja wie, jak bardzo mu jestem wierny. Poza tym, po prostu bałbym się.