Jedynie ostatni argument jako tako trafił Summersonowi do przekonania.
— Ty albo nie ty, jakiś osobnik zakradł się tutaj. Wczoraj po południu ten koniak stał na swoim miejscu. Jeśli nie czujesz się winny, twoim obowiązkiem jest wiedzieć, kto tu był i zameldować mi. Do diabła, od czego cię mam?
— Miałem meldować, tylko myślałem, że ekscelencja jeszcze śpi. Otóż w nocy ktoś odwiedzał pannę Stellę.
Summerson zmarszczył brwi i zapytał rzeczowo:
— Skąd wiesz? I kto to mógł być?
— Kto — nie mam pojęcia. Słyszałem tylko ujadanie Gree i męski głos. Panna Stella też rozmawiała, przede wszystkim przemawiała do psa, chcąc go uciszyć.
— Czemu mnie nie zbudziłeś? — syknął prezydent.
— Ekscelencja nigdy nie kazał siebie budzić w takich razach. Zresztą ekscelencji wtedy nie było.
Summerson przypomniał sobie, że wrócił wczoraj od Lunowa około godziny czwartej nad ranem.
— Gdyby w tych dniach powtórzyło się coś podobnego — natychmiast donieś. Budź mnie, szukaj, dzwoń. Nikomu nie wolno chodzić po mieszkaniu w mojej nieobecności. A czy słyszałeś głosy z tego gabinetu?