— Nie. W takim wypadku oczywiście zaalarmowałbym ekscelencję.

— Gdzie się ten typ kręcił?

— W hallu, w pokoju panny Stelli. Zdaje się, że i w łazience.

— Oczywiście był wpuszczony przez moją córkę?

— Na pewno. Inaczej nie przepuściłaby go straż. Prezydent spojrzał badawczo na zausznika.

— Nie kłamiesz?

— Jak kocham Boga, ekscelencję i duszę własną. Summerson sięgnął do kieszeni.

— No, to masz tu piętnaście doliodów. Nie dziw się, następnym razem dam ci jeszcze więcej. Chcę, żebyś się dorobił. Tylko pilnuj mieszkania. W dzień i w nocy! Pilnuj, pilnuj i jeszcze raz pilnuj.

Odprawiwszy lokaja prezydent wezwał telefonicznie córkę. Wkrótce Stella zjawiła się w gabinecie. Usiedli naprzeciw siebie. Gdy surowo i przenikliwie na nią spojrzał, spuściła niepewnie oczy.

— Powiem ci bez ogródek, choć sprawia mi to przykrość — rozpoczął. — Jestem oburzony twoim zachowaniem. Może ono przysporzyć mi nieprzyjemności lub nawet niebezpieczeństw. Zastanów się nad tym.