Stella przycisnęła ręce do kolan, by ojciec nie zauważył, że drżą.

— Nie rozumiem — odparła niezręcznie, siląc się na spokój.

— Przyjmujesz mężczyzn pod moim dachem. Nie życzę sobie tego. Jeśli dawniej pobłażałem, zmieniłem zdanie.

Odetchnęła z ulgą.

— Ależ… Nie denerwuj się — odrzekła już niemal spokojnie. — Wyglądasz na przepracowanego. Pewnie znów późno poszedłeś spać. Masz tyle kłopotów, a jeszcze dodajesz sobie zmartwień. To zaszkodzi twemu zdrowiu.

— Jestem twardy jak almeralit i nic nie zaszkodzi memu zdrowiu — wyrecytował z kaznodziejskim patosem. — To ja mogę komuś zaszkodzić.

Było to jego ulubioną formą argumentowania w stosunku do ludzi słabych.

— Czyżbyś chciał zaszkodzić twojej córce? — wpadła w płaczliwy ton.

— Ależ skąd! — zaprzeczył pośpiesznie. — Ciebie jedną mam w Celestii. Obok racji stanu świata, którym kieruję i za który Pan Kosmosu uczynił mnie odpowiedzialnym, twoje szczęście stawiam na pierwszym planie. Stary jestem, niedługo przyjdzie mi odlecieć na Juvente, przed oblicze Boga. A największą troską i nadzieją, jaką tu zostawiam, jesteś przecież ty.

Wstał z fotela i pocałował ją w czoło.