Stelli zrobiło się trochę żal ojca. Może i naprawdę ją kocha, choć po swojemu? Przypomniała sobie jednak, iż nie wolno jej ufać pozorom.

Zresztą już następne zdanie wypowiedziane przez Summersona odsłoniło brutalnie, co kryje się pod pozorną ojcowską czułością. Wykorzystując zmieszanie córki prezydent postanowił ją zaskoczyć.

— Kto był u ciebie w nocy? Mów prawdę, bo ja i tak wiem.

Stella zbladła, przez chwilę zastanawiała się, co odrzec, wreszcie siląc się na zupełną obojętność odrzekła:

— Ponieważ ojciec wie, nie muszę wyjaśniać. Zamilkła patrząc tępo w ścianę. Summerson przymrużył oczy.

— Widzisz, Stello… — zaczął powoli. — Zawsze byłem pobłażliwy dla ciebie. Spełniałem wiele twych zachcianek. W moim postępowaniu w stosunku do ciebie kieruję się ogromną wyrozumiałością. Zauważyłaś to chyba?

Chciała uciec, ale jeśli pójdzie za nią? A nuż tknięty jakimś przeczuciem zajrzałby do jej pokoju? Nie odpowiadając na pytanie rzuciła płaczliwie:

— Niech ojciec zostawi mnie w spokoju. Dzwonek telefonu przerwał rozmowę. Sekretarz zawiadamiał Summersona, że Godston czeka w hallu. Prezydent energicznie poderwał się z fotela.

— No, możesz już iść — zwrócił się do córki. — Proszę cię tylko, żeby się to nie powtórzyło.

— Dobre wiadomości — rzucił od progu Godston. — Metody wuja dają pożądane rezultaty.