„Czego ten białyszczeniak chce ode mnie?” — pomyślał z lękiem.
— Masz iść za mną — powtórzył wyrostek i chwycił niewolnika za podarty rękaw bluzy, jakby się bał, że ten mu ucieknie.
Buck nie wiedział, jak ma postąpić. Nie był tchórzliwy, jednak jeszcze żywo dźwięczały mu w pamięci usłyszane przed kilkudziesięciu minutami słowa rozporządzenia prezydenta, powtarzane przez megafony całej Celestii. Rozporządzenia, w którym jakże często powtarzał się zwrot „kara śmierci”. Czy to nie zasadzka?
— No! — przynaglił chłopak ciągnąc Bucka za rękaw.
Z sytuacji nie było wyjścia. Usłuchanie białego wyrostka oznaczałoby, że łamie zarządzenie prezydenta, z drugiej zaś strony stawianie oporu mogło skończyć się tragicznie, zwłaszcza jeśliby chłopak wszczął alarm. Ociągając się Buck ruszył wolno za chłopcem.
Weszli w wąski, ciemny korytarzyk i po chwili stanęli przed jakimiś drzwiami. Wyrostek zapukał trzykrotnie. Za drzwiami rozległy się kroki. Zgrzyt zasuwy i w progu stanęła stara, przygarbiona kobieta.
Snop światła padł na przybyłych.
— Ach, to ty, Jack — poznała chłopca. — Chodźcie prędko, bo Lett już czeka. Otworzyła boczne drzwi, z których buchnął obłok gęstego, zadymionego powietrza.
W zastawionym skromnymi sprzętami pokoju siedziało przy stole trzech mężczyzn. W jednym z nich Buck poznał Cornicka i poczuł, jak ciężar niepokoju spada mu z piersi.
— Siadaj, stary — zwrócił się do niego monter wskazując krzesło. — Ty, Jack — powiedział do rudego wyrostka — musisz sprawdzić, czy policja pilnuje przedniego wyjścia na zewnątrz. Czy byłeś kiedyś w osi świata?