…i wówczas Allan Summerson przedstawił Radzie TORCH wniosek uzgodniony poprzedniego dmą na poufnej konferencji ze mną, generałem Morganem i Williamem Frondym. Opór był mniejszy niż przypuszczaliśmy. Jedynie Herbert Dalton i John Williams wystąpili z kategorycznym sprzeciwem, zresztą z odmiennych powodów: Dalton ciągle jeszcze trzyma się swej teorii o szybkim krachu gospodarczym i upadku rządu „czerwonych republikanów”, Williams zaś obawia się zbyt wielkich strat energii i materii wyrzucanej przez silniki. Twierdzi on, że w czasie manewrowania przy wyjściu z Układu Słonecznego konieczne zużycie cennych substancji może być katastrofalnie wielkie. Nie ma on racji. Możemy bardzo dokładnie obliczyć stopień zużycia paliwa i wybrać najdogodniejszy moment we wzajemnym położeniu Celestii oraz innych ciał niebieskich do opuszczenia Układu Słonecznego, gospodarując paliwem jądrowym i masą roboczą jak najoszczędniej. Tak więc 16 głosami przeciw dwom zatwierdzony został plan budowy silników. Zakłady Centrum przystąpiły 21 kwietnia 1991 roku do pracy. Trzeba przyznać, że decydującym czynnikiem był tu rosnący opór części załogi, domagającej się zezwolenia na opuszczenie naszego sztucznego księżyca. Widocznie pułkownik Brown nieumiejętnie dobierał ludzi. Otrzymał przecież wyraźne dyrektywy od Morgana, że załoga powinna się składać z pierwszorzędnych fachowców, i to nie tylko pewnych politycznie, ale obawiających się powrotu na Ziemię. Tymczasem nie minął jeszcze rok, a ponad pięćdziesiąt procent tych ludzi chce wracać. Niemały wpływ miały tu wiadomości o amnestii dla byłych uczestników puczu Wintera, ale sam fakt, że nasi ludzie wierzą waszyngtońskiej klice, nie jest dla nas pocieszający… Oczywiście, o zwolnieniu ich nie ma mowy, bo skąd weźmiemy nowych? Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że jedynym sposobem przekreślenia możliwości buntu jest postawienie niezadowolonych przed faktem dokonanym.
— Przekreślenia możliwości buntu… — rzucił z ironią w głosie Dean.
Bernard podniósł głowę znad pożółkłych kart pierwszego tomu kroniki rządowej i jakby odpowiadając przyjacielowi, rzekł w zamyśleniu:
— Tak. Czterysta piętnaście lat… Czterysta piętnaście lat ciągłej, ustawicznej walki tłumionej krwawym terrorem i najpodlejszymi metodami, lecz ciągle odradzającej się i wybuchającej z nową siłą. Mimo zbrodni i gwałtu, mimo kłamstw i tumanienia umysłów bzdurnymi bajkami zamazującymi obraz świata — bunt wybucha za buntem.
— Nikt — i nic nie stłumi tęsknoty człowieka do wolności — popłynął kobiecy głos spod błyszczącej kuli „Łazika”, siedzącego na biurku.
— Tak… — Bernard spojrzał w bok. — Nikt i nic nie zgasi w ludziach tęsknoty do wolności i prawdy.
Przymknął nerwowo powieki. Mimo że już ponad pięć godzin spędził w towarzystwie niezwykłego gościa, nie mógł się jeszcze przyzwyczaić do jego obecności. Rozumiał, że „Łazik” to wyłącznie cud techniki, niezwykle udoskonalony, zdalnie sterowany manipulator, zdolny wykonywać skomplikowane czynności, ale nic poza tym. A jednak wygląd jego budził w konstruktorze uczucie lęku. Łączyło się to z kontrastem, jaki stanowiło „ludzkie” zachowanie się robota, spotęgowane zwłaszcza głosem, w zestawieniu z jego kształtami. Gdy na dźwięk słów wypowiedzianych przez Suzy lub Władka Bernard podnosił odruchowo wzrok, aby spojrzeć w oczy rozmówcy, widział przed sobą tylko jednostajną, błyszczącą powierzchnię kuli.
Podobne uczucie przeżywali również Dean i Tom. Ten ostatni zwłaszcza, mimo obszernych wyjaśnień ludzi z Ziemi dotyczących zasad funkcjonowania robota, nie mógł sobie ani rusz wyobrazić, że nie jest on żywą istotą.
— Spójrzcie! — przerwał milczenie Dean przerzuciwszy kilkadziesiąt kartek foliału. Już ponad osiem godzin studiował przeszłość Celestii, wertując zwłaszcza pierwszy tom tajnej kroniki. Wynotował na kartce numery stron zawierających ciekawsze zdarzenia. — Okazuje się, że jeszcze przed zakończeniem budowy silników doszło do pierwszego większego buntu. Pod datą 17 sierpnia 1992 r. „mądry i przewidujący” prezes Hartley, późniejszy pierwszy prezydent Celestii, zapisuje:
26 techników i monterów zastrajkowało, odmawiając podłączenia przewodów wodnych do silników. Zarządziłem stan wojenny, gdyż termin jest krótki, a nieukończenie montażu silników na czas oznaczałoby opóźnienie startu co najmniej o rok. Jestem nieco zaniepokojony zachowaniem się inżyniera Georga Sandersa. Przedwczoraj w czasie przyjęcia wydanego przez Davidow głosił po pijanemu takie niebezpieczne poglądy, że musiałem go osobiście przywołać do porządku. Nie przypuszczałem, że taki zdolny i energiczny fachowiec może być aż taką babą. Każdy z nas oczywiście tęskni za krajem, ale żeby aż do tego stopnia się zapomnieć? Może zresztą Sanders zostawił kogoś na Ziemi i dlatego tak go tam ciągnie.