— A oni już nie będą mogli zapalić światła? — pytał z niepokojem chłopiec.

— Kto?

— No policja, Summerson?

— Nie! — odparł Bernard. — Teraz nie oni, lecz my rządzimy światłem!

W potrzasku

Już sama ciemność wywierała na ludzi silne wrażenie. Nawet ci nieliczni, którzy wychodzili na zewnątrz, stwierdzali, że była inna niż w przestrzeni kosmicznej. Inna — bo całkowita. Nie łagodziły jej czarności jarzące się gwoździe gwiazd, nie cieniowały delikatne smużki mgławic, nie oświetlała jej pastelowa obręcz Drogi Mlecznej.

Stanęły maszyny. Zamarł ruch wszelkich urządzeń. Korytarze i skwery początkowo opustoszały. Prawie nikt, oprócz niewielkiej liczby monterów i policjantów, nie miał latarek — były bowiem zbędne w życiu codziennym: nawet w zamkniętych magazynach i szybach wentylacyjnych zawsze paliły się przyćmione światełka orientacyjne.

Martwa ciemność nie trwała jednak długo.

Oto ukazało się światło: był to niczym nie osłonięty, żywy płomień chylący się lekko w bezruchu powietrza ku niosącemu go człowiekowi. Za nim wypływały następne, podobne i niepodobne do niego, jawiące się nagle i sunące wszystkie w tym samym kierunku. Ruszały z siedemdziesiątych poziomów przejściami w dół, uparcie szły naprzód. Wykonane prowizorycznie z tego, co się znalazło pod ręką, pochodnie różniły się wielkością, kształtem, kolorem płomienia. Począwszy od nasyconych olejem, smarem czy spirytusem strzępów tkanin i waty, a skończywszy na materiale o wiele rzadszym i kosztownym, bo drewnie, były swego rodzaju sprawdzianem zaradności i pomysłowości tych, którzy je nieśli.

Spiralami schodów, gęstą siecią korytarzy płynęły czerwone, zielone, niebieskie, nawet ciemnofioletowe ognie, niewyraźnie oświetlając znużone twarze o zaciętych, milczących ustach. Coraz nowe światła dołączały się do tego niezwykłego pochodu i wkrótce migocąca tęczowym blaskiem znaczna część poziomów sprawiała wrażenie jakiegoś niezwykłego teatru.