— Każ policjantowi z twojej ochrony — rzekł oschle prezydent zwracając się do Godstona — żeby udał się do centrali oświetleniowej i obwieścił tam moją wolę: za piętnaście minut światło w Celestii i premia dla najgorliwszych w akcji naprawy. Albo jutro cały personel centrali stanie przed sądem, a sądzić będę ja sam!
Godston wyszedł zostawiając uchylone drzwi, przez które wdarły się do gabinetu odgłosy strzałów i okrzyki wzburzonego tłumu. Wrzawa ta rosła z minuty na minutę, a coraz bliższe i częstsze strzały podrywały prezydenta z fotela.
Strzelanina umilkła raptownie. Wśród krzyków, trzasków i łomotów Summerson usłyszał tuż przed sobą w hallu wyraźny odgłos kroków. Cofnął się i natrafił na czyjąś wyciągniętą w półmroku rękę.
— To ja! — padł okrzyk. Prezydent poznał głos Godstona.
— Co za licho? — rzucił w rozdrażnieniu. — Aha, dobrze, że jesteś. Wykonasz natychmiast moje polecenie, mój rozkaz! — zaakcentował. — Mówię o wypuszczeniu wody z głównego zbiornika. To poskromi tych szaleńców. Najważniejsze…
— Tłum…
— Nie przerywaj! — krzyknął Summerson. — Dopilnuj w szczególności zamknięcia połączeń między…
— Tłum wyłamuje drzwi twego mieszkania!
Dopiero teraz groza sytuacji dotarła do świadomości prezydenta.
— Cooo?!