— Kuhn, Mikę i reszta moich i twoich ludzi barykadują główne wejście.

— Barykadują wejście? — przeraził się Summerson. — Dlaczego nie włączyli Green-Boltów i zautomatyzowanych elektrytów?

— Jak mogli włączyć?! Przecież nie ma prądu!

Rozległ się jakiś hałas… W świetle latarki ukazał się Kuhn przesuwający z pomocą lokaja ciężki fotel. Summerson wraz z Godstonem gorączkowo chwycili za drugi.

Barykada z niewielu sprzętów, wzniesiona naprędce w hallu, była bardzo słabym zabezpieczeniem. Prezydentowi wydawało się, że widzi już twarze rozpalone gniewem, usta plujące okropne wyrazy, roziskrzone oczy i ręce wzniesione przeciwko niemu… Gdy słyszał coraz wyraźniej powtarzający się jak hasło, gardłowy okrzyk: „śmierć Summersonowi!” — musiał uwierzyć, że to rzeczywistość. Świadomość śmiertelnego niebezpieczeństwa wyzwoliła w nim jednak nowe siły. Opanował lęk i zmusił umysł do trzeźwej, realnej oceny sytuacji. W tej chwili nie mógł już liczyć na policję i członków rządu, ale przecież nie wszystko jeszcze było stracone… Góra sprzętów zatrzęsła się. Jakiś przedmiot spadł z trzaskiem, potrącając Mike'a.

— Koniec świata — zapiszczał cienko Godston.

Usłyszawszy okrzyk siostrzeńca Summerson spojrzał na niego z pogardą. Ogarnęło go obrzydzenie na widok tak jawnie okazywanego tchórzostwa.

— Ty niedowiarku! Celestia nie może zginąć! Ani my! Zaraz was wyprowadzę.

— Już wywalają drzwi!.. — jęknął Mikę.

— Ty tu?! Marsz! Pod barykadę!