— A kto by filozofa nie znał? To tam dalej, pod numerem 58. Niedawno się sprowadził. Ale niech pan uważa, bo tam po drodze z sufitu kapie krew i może ubranie poplamić.
— Krew?
— A coś pan myślał… Że mleko? Krew! Tak, panie szanowny. Tu wszędzie krew kapie, w całej Celestii… Ale tu najwięcej! To dobrze, bo inaczej byłby zaduch.
Nie ulegało wątpliwości, że kobieta jest obłąkana, toteż Bernard pośpiesznie podziękował za informację i ruszył w głąb korytarza.
Williama Horsedealera nie widział Bernard kilka lat. Od czasu, gdy objął po śmierci inżyniera Toddy stanowisko generalnego konstruktora rządowego, stracił zupełnie kontakt ze starym filozofem.
Horsedealer przez kilkanaście lat był nauczycielem, lecz gdy zaczął śmielej głosić swe „niebezpieczne” poglądy, musiał pożegnać się z posadą. Pracował dorywczo bądź jako zwykły robotnik, bądź jako korepetytor, doradca prawny czy biuralista. Kruk pamiętał go jako starszego, wesołego człowieka, gotowego z każdym wdać się w dyskusję, czy to był ceniony profesor na rządowej lub prywatnej posadzie, zamożny przemysłowiec, czy też zahukany Murzyn. Horsedealer uwielbiał zwłaszcza starców i dzieci, z którymi mógł godzinami rozmawiać w swój charakterystyczny, na wpół żartobliwy sposób. Własnej rodziny Horsedealer nie miał. Podobno, będąc jeszcze nauczycielem, miał żonę i dwoje dzieci, lecz zginęli wszyscy troje w czasie głośnej w historii Celestii eksplozji w zakładach chemicznych Sialu w roku 2373.
Z nielicznych rozmów z Horsedealerem, w których uczestniczył Bernard, każda pozostała w jego pamięci jako pewnego rodzaju wstrząs, burzący dotychczasowe poglądy na te czy inne zagadnienia. Nie mógł też przezwyciężyć uczucia onieśmielenia, gdy pukał w metalowe drzwi, na których wypisany był czarną farbą numer 58. — Wejść — rozległ się z wnętrza przytłumiony głos.
Kruk otworzył drzwi i stanął w progu. Pośrodku wąskiego pokoju, na starym, pokrzywionym tapczanie, siedział oparty o ścianę William Horsedealer. Kilka skrzynek i nieduży stolik pełen jakichś papierów, notatek i szkiców dopełniały „umeblowania” pokoju.
Filozof, od czasu gdy go ostatni raz widział Bernard, znacznie się zestarzał, schudł osiwiał. Duże wole, ta nagminna choroba mieszkańców Celestii, zniekształciło jego szyję. Również liczne blizny i krosty na twarzy świadczyły o tym, że ciężka sytuacja materialna uniemożliwia mu skuteczną obronę przed powszechną plagą schorzeń wywoływanych zaburzeniami w pracy gruczołów wydzielania wewnętrznego. Tylko oczy, z których biła ogromna siła żywotna, stanowiły jaskrawy kontrast z przygnębiającym wyglądem zarówno mieszkania, jak i samego gospodarza.
— Aa… kogo ja widzę! — zawołał Horsedealer i twarz jego rozpromienił uśmiech. — Szanowny Bernard Kruk, generalny konstruktor rządowy, odwiedza nie mniej szanownego, choć chwilowo znajdującego się w godnym pożałowania stanie Williama Horsedealera, generalnego filozofa Celestii. No, co sprowadza tu ciebie, młodzieńcze? Chyba nie tylko chęć podyskutowania ze mną o marności tego świata i jego możnych filarów?