— Co ci jest? — zapytał z niepokojem i naraz zorientował się, że dziewczyna patrzy nie na niego, lecz gdzieś poza jego plecy.

Odwrócił się gwałtownie.

W rogu gabinetu stał z elektrytem w ręku Jack Handerson. Za nim czernił się w podłodze czworokąt tajnego przejścia.

Huk wystrzału wstrząsnął powietrzem. Potem rozległ się rozdzierający, rozpaczliwy krzyk Stelli.

Zatłoczony mrowiem skwer Greena kipiał zgiełkiem podnieconych głosów.

Wśród kwietników i fontann, gdzie rozłożyło się na ziemi kilkadziesiąt rodzin — zbiegów z górnych poziomów opanowanych przez Morgana — panował gwałtowny ruch. Ludzie pośpiesznie pakowali swój nędzny dobytek, inni tłoczyli się w przejściach prowadzących na dolne poziomy, zatrzymywani przez nielicznych członków ochotniczej straży powstańczej. O sufit uderzał dźwięk setek rozmów, okrzyków i nawoływań, czyniąc wielką salę skweru Greena podobną do ula pełnego pszczół.

Naraz tłum zakołysał się.

Spośród przycichającego raptownie zgiełku popłynęły nagłą falą od bocznych drzwi okrzyki:

— Idzie filozof! Horsedealer idzie!

— Odmieniony! Odmieniony!..