— Precz z diabelskim sługusem! — przeciął chwilową ciszę wrzask z końca sali. W tłumie zakotłowało się.

— Nasza przyszłość — ciągnął spokojnie filozof — to życie bez strachu o jutro, to życie wolne od głodu i chorób. Życie wolne od kłamstwa, terroru i gwałtu, życie pełne spokojnej codziennej pracy dla szczęśliwej przyszłości, która się otworzyła przed Celestią.

— Precz! Precz z nim! Precz z „odmieńcem”!

Nowe okrzyki padające z grupy podejrzanych osobników, którzy ukazali się w głównym wejściu, przerwały Horsedealerowi mowę.

Kilka kobiet i mężczyzn rzuciło się ku nim wygrażając pięściami. Zamieszanie rosło.

— Dlatego — wołał podniesionym głosem filozof — naszym obowiązkiem jest zachować spokój i skupić wszystkie siły do walki z morganowcami!

Świst przelatującej obok Horsedealera butelki i trzask rozpryskującego się o filar szkła nie pozwoliły mu dokończyć. Krzyki poparzonych kwasem ludzi zmieszały się z tumultem, jaki niespodziewanie wybuchnął w kilku punktach skweru.

Horsedealer stał spokojnie oczekując nowego ataku. Jego wyprostowana postać urągała śmiałkom.

— Zamknąć wyjścia! — zawołał donośnym głosem. Jego oczy rzucały błyskawice gniewu. -Niech nikt nie rusza się z miejsca! Jim! Wyprowadź rannych! — rozkazał Smithowi, który się przedzierał ku niemu.

Tumult jednak nie ustawał. Ognisko paniki wywołanej eksplozją butelki rozprzestrzeniało się gwałtownie. Wśród ogólnego zgiełku raz po raz wybuchały okrzyki tratujących się wzajemnie ludzi. Na zamknięcie drzwi było już za późno.