Kroplisty pot wystąpił na czoło Horsedealera. Spostrzegłszy, że już nie jest w stanie całkowicie opanować sytuacji, zaczął wołać jak mógł najgłośniej:
— Spokój! Jak największy spokój! Nie dajcie się zastraszyć bandytom! Kobiety i dzieci do mnie! Mężczyźni niech obsadzą wyjścia! Czy pozwolimy się terroryzować jak stado baranów? Spokój! Spokój przede wszystkim!
Tam gdzie docierał jego silny, spokojny głos, ruchy tłumu stawały się mniej gwałtowne. Bliżej stojące grupki kobiet i dzieci przeciskały się ku ławce, na której stał filozof. Niestety, w ogólnym hałasie zasięg jego głosu był nieznaczny i gromady ludzi tłoczyły się w dalszym ciągu ku wyjściu. Tam jednak toczyła się formalna bitwa z tarasującą drzwi bojówką, która widocznie przedostała się tu jakimś bocznym przejściem.
Horsedealer szukał gorączkowo wyjścia z tej ciężkiej sytuacji. O 50 kroków od niego znajdowała się budka telefoniczna. Należało natychmiast zadzwonić do dyrekcji policji o pomoc. Wiedział jednak, że jego zejście z zaimprowizowanej mównicy jeszcze bardziej spotęguje chaos.
— Pędź natychmiast do telefonu! Trzeba zawiadomić Malleta — chwycił za ramię starszego robotnika stojącego obok.
Ten bez słowa począł się szybko przedzierać ku budce.
Horsedealer wyprostował się i wskazując poza siebie ręką znów zawołał:
— Przesuwajcie się drugą stroną, poza filar!
Niemal jednocześnie huknął wystrzał jeden i drugi. Błyskawice przebiegły tuż obok głowy Horsedealera. Jednocześnie rozległ się krzyk siedzącego na budce telefonicznej chłopca.
Jakieś silne ręce ściągnęły filozofa z ławki. Barczysty Murzyn błyskając białkami przerażonych oczu wołał na całe gardło: