— Zabiją pana! Zabiją! Nie pozwolę! Jak Boga kocham, nie pozwolę!

— Tak nie można, Soddy. Tak nie można. Ja muszę tu stać! Puść mnie! — szarpał się filozof. Lecz Murzyn nie ustępował trzymając go kurczowo za ramiona. Naraz jakby spod ziemi wyrósł przed Horsedealerem Tom Mallet.

— Panie profesorze! Do telefonu! Tam się stało coś strasznego! Mówią, że Ber… — trząsł się jak w febrze.

— Co Ber?

— Ber zabity!

Niemal biegnąc wśród rozstępującego się przed nim tłumu Horsedealer wpadł jak oszalały do budki. Wyrwał gwałtownie słuchawkę z ręki starego robotnika stojącego Przy aparacie.

— Co? Co mówisz?… Handerson… To straszne… Zaraz tam będę!.. Przylatują… Hnny nic nie wie? Może stąd uda mi się połączyć.

Uderzył kilkakrotnie w widełki i trzęsącą się ze zdenerwowania ręką nakręcił numer.

— Nie można się połączyć z Johnny m… — westchnął ciężko robotnik. — Już próbowałem. Horsedealer odłożył słuchawkę i z kamiennym wyrazem twarzy zwrócił się do Toma i

Jacka: