Odczuł słaby wstrząs. Zorientował się, że winda ruszyła. Nowy wstrząs i trzask otwierających się drzwi.
— Naprzód! — padł przyciszony rozkaz.
Wędrówka trwała dość długo i była tak kręta, że młody Bradley stracił zupełnie poczucie kierunku. Trudno było przypuszczać, aby prowadzono go coraz to inną drogą. Prawdopodobnie krążono po niewielkim obszarze dla zdezorientowania Jima.
Wreszcie kazano się Jimowi zatrzymać i jakieś ręce zerwały mu szmatę z głowy. Wokół panowała nieprzenikniona ciemność.
Naraz zabłysło światło: Jim rozejrzał się wokół. Niewielki pokój wydawał się zupełnie pusty, jedyne drzwi były zamknięte na klucz.
Lecz oto niespodziewanie rozległ się silny, płynący gdzieś z góry głos:
— Panie Bradley! Wiemy, że pan bardzo kocha swego ojca. Niech więc się pan dowie, że grozi mu poważne niebezpieczeństwo.
Głos umilkł na chwilę, jakby ktoś chciał stwierdzić, jakie wrażenie wywrą te słowa.
— Słuchaj pan, panie Bradley! — odezwał się znów głos, tym razem nieco inny, jakby zmieniony. — Chyba pan wic, że w związku z przygotowywanym procesem Edgara Summersona prowadzone jest śledztwo w sprawie zamordowania niejakiego Rosenthala, historyka rządowego i bliskiego przyjaciela Williama Horsedealera?
— Nie wiem nic o tym. I co to mnie w ogóle obchodzi? — oburzył się Jim.