— Nie myślałem o tym — pohamował złość. — Sadziłem dotąd, że jesteś moją narzeczoną. Wierzyłem ci. Wierzyłem, że polecimy razem na odzyskaną, piękną Ziemię i będziemy się bardzo kochali. To wszystko, co mi mówisz, jest takie dziwne…

— A więc nie chcesz lecieć do Alfa Centauri? — zapytała już spokojnie. — Tym lepiej…

— Chcę lecieć z tobą, ale na Ziemię! — powiedział kategorycznie.

— Więc polecisz sam! — ucięła.

Gwałtownym ruchem uwolniła się spod jego ramienia i wybiegła z pokoju.

Sokolski przyglądał się Stelli z zaciekawieniem. Dlaczego tak obcesowo zażądała rozmowy, zanim po przylocie na Celestię zdążył zamienić z kimkolwiek parę zdań? Był przygotowany na to, że Stella chce wyjawić mu jakąś tajemnicę. Znał dobrze rolę, jaką odegrała córka eksprezydenta pomagając Krukowi w przełomowych chwilach Celestii. Wiedział także, ile przeróżnych nici łączy ją z tamtym, doliodowym światkiem.

Teraz spostrzegł w wyglądzie dziewczyny szczególnie dużo dziwacznych cech. Oczy jej płonęły sztucznym blaskiem. Pąsowe wargi o nienaturalnym, szerokim wykroju, fantazyjne kreski nad wygolonymi brwiami i przyklejone do powiek dwie czarne frędzle rzęs, naśladujące skrzydła jakiegoś egzotycznego motyla — wywierały na Wiktorze nieprzyjemne wrażenie dziwacznej charakteryzacji.

Prócz tego zauważył coś wyzywającego w twarzy i ruchach Stelli. Spojrzał na nią badawczo, trochę zdziwiony. Od czasu, gdy ją poznał, a nawet polubił, jeszcze jej nigdy takiej nie widział.

— Chcę pana prosić… prosić ciebie — poprawiła się Stella — żebyś zabrał mnie na Astrobolid. Zgoda?

Sokolski przystał chętnie. Był trochę zdziwiony.