— Już chyba nigdy nie zobaczę jej 1 bliska… — rzucił Sokolski cicho, raczej do siebie.
— Czy bardzo kochasz tę kobietę? — zapytała Stella szybko i oschle. Wiktor wyczuł w tonie jej głosu odcień szyderstwa, które uderzyło go niemile.
— O tak! Bardzo — wyznał uśmiechając się serdecznie, jak gdyby chciał ten uśmiech posłać daleko, poza dwadzieścia pięć dni biegu światła w mroźnej i ciemnej pustce, i ukazać tym wesołym oczom, w których zamieszkał blask słońca.
— Kim ona jest? — Stella chciała wiedzieć wszystko o tej kobiecie, którą zdążyła znienawidzić za to, że jest równie młoda jak ona i chyba tak samo piękna. O kobiecie, którą Wiktor kocha…
— To moja matka — odparł z prostotą.
— Matka? Stella zupełnie się tego nie spodziewała. Teraz, gdy pierzchła zazdrość o rywalkę, postanowiła zjednać sobie Sokolskiego jakimś cieplejszym odezwaniem się, wyrażeniem zainteresowania jego sprawami.
— Twoja matka była kiedyś rzeczywiście bardzo ładna — powiedziała kurtuazyjnie, choć wyobrażała sobie ją jako na wpół łysą, przygarbioną staruszkę z szyją zniekształconą pękatym wolem. Kobiety w Celestii więdły bowiem bardzo wcześnie.
Wiktor roześmiał się.
— Ależ to zdjęcie sprzed niespełna miesiąca!
— Ja… już nic nie rozumiem — wyjąkała Stella z ogromnym zdziwieniem. Drzwi rozsunęły się gwałtownie. Do pokoju wszedł Horsedealer.