Obraz na ekranie na chwilę się zmienił. Gwiazdy gdzieś znikły, a zamiast nich czerń przestrzeni kosmicznej przecinały roje krótkotrwałych błysków biegnących w jednym kierunku. To pantoskop zmieniał pozycje.

Po kilku sekundach ruch ustał i znów zapaliły się dziesiątki gwiazd i dalekich mgławic. Wśród nich zjawiły się dwa ciała większe od innych. W centralnym punkcie ekranu widniał duży, o dwunastocentymetrowej średnicy, niebieskawy sierp, a w odległości 2,5 metra od niego drugi, czterokrotnie mniejszy, o bladawożółtym świetle.

— Ziemia — przebiegł przez salę szmer głosów.

— Ten mniejszy to Księżyc? — zapytała szeptem Daisy.

— Tak. Są jeszcze 142 sztuczne księżyce, ale ich nie widać, bo przecież to drobiazg w porównaniu z naturalnym.

— A więc Celestii też nie będzie można zobaczyć, gdy zbliży się do Ziemi?

— Nie — odrzekł Dean jakby z żalem. Krawczyk znów nacisnął szereg guzików. Jeszcze raz przecięły ekran smugi uciekających gwiazd. Po chwili w miejscu, gdzie jeszcze niedawno widniał sierp Ziemi, świeciła czerwonawym blaskiem maleńka tarcza jakiejś gwiazdy. W odległości półtora metra od tej gwiazdy widoczna była w fazie kwadry planeta.

Głośny sygnał automatycznego pilota przerwał ciszę. Na ścianie ukazała się twarz Sokolskiego.

— Gotowe! — zameldował krótko. Kora Heto wstała z fotela. Wszystkie oczy zwróciły się na przewodniczącą rady

Astrobolidu.