— Celestia.
— Za ile minut wyłączą silnik? — zwrócił się Andrzej do Wiktora. Sokolski spojrzał na zegarek.
— Jeszcze będzie pracował cztery minuty. Jeśli doliczyć około trzech minut lotu światła, przestaną świecić za siedem minut.
Krawczyk znów począł powiększać obraz”. Rzekoma gwiazda rozrosła się do kilkucentymetrowej kuli świecącej niebieskawym blaskiem. Biegnąca ku Astrobolidowi blada smuga odrzuconej przez silnik materii widoczna była jako pochylony ukośnie stożek o szerokiej, roztapiającej się w ciemnościach kosmosu podstawie.
— Jeszcze osiemdziesiąt sekund — padły w ciszę słowa Sokolskiego. Dean objął mocniej ramionami Daisy.
I oto tarcza Celestii przybladła nagle, poczerwieniała i… zgasła. Tylko rozrzucone bezładnie po ekranie punkciki gwiazd świeciły równo i jasno jak przedtem.
Łzy zaszkliły się w oczach Daisy, wiedziała, że Celestia, choć niewidoczna, dąży dalej tą samą drogą ku Słońcu i że tylko jej potężny silnik przerwał pracę, a jednak nie potrafiła opanować uczucia żalu. I jakby dla przekonania samej siebie, iż Celestia istnieje w dalszym ciągu, zwróciła się do siedzącej obok w fotelu Rity:
— Kiedy połączymy się z nimi?
— Zaraz po starcie. Przypuszczam, że najdalej za pół godziny.
— Już ruszamy — dorzucił Wiktor podnosząc się z miejsca. — Idę do centrali nawigacyjnej. Tymczasem Krawczyk znów położył dłoń na małej płytce pokrytej szachownicą guzików, uruchamiając automatyczne urządzenie służące do odszukiwania ciał niebieskich.