Epilog

W tej chwili było coś tak podniosłego, tak radosnego, a zarazem przejmującego, że nie potrafię tego wyrazić słowami. Chociaż przed nami jeszcze długie dwadzieścia lat lotu, choć Celestia wyruszyła dopiero w powrotną drogę i dzielą nas jeszcze od Ziemi miliardy kilometrów, w tej chwili wydało się nam, że widzimy Ją tuż, tuż przed sobą, że wystarczy krok, a staniemy wśród różnobarwnych kobierców kwiatów i zieleni, pod błękitną czaszą ziemskiego nieba. Z tą chwilą przestała być Ona dla tysięcy mieszkańców Celestii tylko marzeniem, w którego ziszczenie trudno uwierzyć. Stała się realną rzeczywistością, bliską i drogą każdemu człowiekowi. Czuliśmy, że Ziemia woła nas, przyzywa do siebie jak dobra, kochająca matka. I oto my, błądzący przez wieki gwiezdni tułacze, odnaleźliśmy wreszcie drogę do swego rodzinnego gniazda…

W tym czasie, gdy ostatni prezydent Celestii pisał te słowa drżącą ze wzruszenia ręką na pożółkłych ze starości kartkach kroniki rządowej, w przestronnej pracowni Andrzeja Krawczyka zebrali się mieszkańcy Astrobolidu, oczekując na moment startu w dalszą, daleką drogę do Alfa Centauri. Zgodnie z ustalonym planem włączenie silników tego statku miało nastąpić w blisko dwadzieścia osiem godzin po starcie Celestii, w chwili gdy osiągnie już ona przewidzianą prędkość 1000 km/sek.

I tu również myśli biegły ku Ziemi.

Trzy i pół roku minęło od dnia, w którym siedemnastu uczonych i czworo dzieci opuściło Układ Słoneczny, pozostawiając na Ziemi niejednego bliskiego człowieka: matkę, ojca, rodzeństwo, przyjaciół… Cóż z tego, że Słońce świeciło w odległości 650 miliardów km od Astrobolidu? Choć wiadomości z Ziemi docierały do nich z blisko czterotygodniowym opóźnieniem, każdy z uczestników międzygwiezdnej ekspedycji utrzymywał ze swą rodziną i przyjaciółmi żywy kontakt.

Teraz rozpoczynał się nowy etap w ich życiu, etap, w którym jak na taśmie filmowej, w krótkich przerwach między wieloletnimi okresami sztucznego snu, przesunie się 130 lat przemian na Ziemi. Wielu z drogich im ludzi wykreśli spośród żyjących śmierć. Małe dzieci przemienia się w starców, nim stopa ludzka stanie na powierzchni planety okrążającej najbliższą Słońca gwiazdę. A oni będą żyć dalej, aby za 270 lat, po powrocie na Ziemię, nie spotkać nikogo z tych, którzy żegnali ich w owym pamiętnym dniu odlotu do Alfa Centauri.

Cień smutku okrył twarze uczonych zgromadzonych w obserwatorium, nawet rozigrane zazwyczaj dzieci przycichły w swoim kąciku. Wszystkie oczy wpatrzone były w roziskrzony gwiazdami wielki ekran pantoskopu, na którym za każdym poruszeniem palców Krawczyka rosła otoczona srebrzystą aureolą korony, świecąc jaskrawo tarcza Słońca.

Przyćmiwszy nieco ostry blask fotosfery słonecznej astronom powiększył obraz tarczy do dwudziestu paru centymetrów, po czym wolno przesuwał Słońce ku krawędzi ekranu. Znikło ono wreszcie z pola widzenia i tylko płynące wraz z nim po ekranie punkciki gwiazd świadczyły o tym, że uczony w dalszym ciągu zmienia kierunek obserwacji.

Naraz ruch gwiazd ustał. Krawczyk nacisnął niewielki guzik na tablicy sterującej i cały ekran pokrył się cienkimi liniami siatki współrzędnych sferycznych. Kierowana wprawną ręką astronoma świetlna strzałka przebiegła po ekranie, zatrzymując się przy jasnej gwieździe w centrum mapy.

— Co to? — szepnęła Daisy i przytuliła się mocniej do męża. Dean ścisnął jej małą dłoń.