I oto teraz siedział naprzeciw przewodniczącej rady Astrobolidu i jak przed matką zwierzał się ze wszystkich swych trosk.
— Jak sądzisz? Czy ona może mnie jeszcze pokochać? Kora uśmiechnęła się serdecznie.
— Nie widzę żadnych powodów, by w to nie wierzyć. Wydaje mi się, że rozumiem motywy dotychczasowego postępowania Stelli. Wychowana była w luksusie, przyzwyczajona do zaspokajania wszystkich swych kaprysów, do nadskakiwania i pochlebstw. Nie dziw się, że w takich okolicznościach serce może uderzać dla uczuć płytkich, nawet wyimaginowanych. Pewną rolę odgrywał tu czynnik romantycznej przygody. Ona kocha, ojciec nie pozwala itd. Twoja rola przy przebudowie miotacza, której nie rozumiała, zaimponowała jej niewątpliwie. W oczach dziewczyny wyrosłeś na bohatera. Zaraz po tym nastąpiło wydarzenie, które olśniło ją swoją fantazją — nasze przybycie. To wszystko było dla niej fantastyczne: technika, nauka, nawet wygląd zewnętrzny ludzi. Mówiłeś mi parę dni temu, że od chwili twej klinicznej śmierci i powrotu do życia Stella przestała cię kochać. Być może. Ale to nie tylko dlatego, że lękała się albo brzydziła twojej poufałości ze śmiercią. Zaimponowali jej ludzie, którzy tę śmierć, odwiecznie wszechwładną, podporządkowali swojej woli. U takiej jak ona kobiety, kierującej się emocjami, mogło to wystarczyć do nie przemyślanego zerwania z tobą i poszukiwania jeszcze bardziej niezwykłej, romantycznej przygody. Człowiek żyjący sto ileś tam lat, a mogący przespać całą podróż trwającą trzy stulecia, to nie lada pożywka dla wyobraźni. Kruk słuchał w milczeniu.
— Stella znajduje się na rozdrożu uczuciowym — ciągnęła Kora. — Chciałaby lecieć z Sokolskim, a jednocześnie na pewno jest ciekawa zobaczyć Ziemię. Kiedy rozlecimy się w dwóch przeciwnych kierunkach, zacznie żyć myślą o planecie, której „egzotyczne” piękno z pewnością będzie coraz silniej wpływać na jej wyobraźnię. Wtedy znowu powinna zbliżyć się do ciebie. Nie trać nadziei, Ber.
— Gdybyśmy się pobrali — westchnął Kruk — najbardziej niezadowolony byłby Johnny. Odradzał mi małżeństwo ze Stellą przy każdej sposobności. Jest pod tym względem nieprzejednany.
— Cenię Malleta jako mądrego, dzielnego i uczciwego człowieka — odrzekła Kora — ale tu nie przyznaję mu racji. To zagadnienie ujmuje on nieco subiektywnie, z racji pogardy dla starego Summersona. A to już wkracza w dziedzinę wulgaryzowania problemu społecznego. Miał rację do chwili przewrotu. Teraz sytuacja się zmieniła. Stella jest bardzo młodziutka i będzie taka, jaką ją wychowa otoczenie. Nie wierzę, aby nie można było zbudować między wami trwałego pomostu. Wówczas różnica intelektualna zatrze się szybko. Proces ten ułatwi i przyśpieszy wasza stała łączność z Ziemią. Ziemia powinna was połączyć.
Kora umilkła. Bernard patrzył ciągle jeszcze w zamyśleniu w jej oczy, marząc o tym, jak za dwadzieścia lat wysiądzie z rakiety, czując pod stopami wysoką trawę, rosnącą bujnie w promieniach prawdziwego słońca, albo złoty piasek przemywany przypływami oceanu, który znał z telewizyjnej transmisji uroczystości święta morza u brzegów Florydy. Widział się w myśli już tam, na planecie ojczystej…
„Jaka ona szczęśliwa, że tam się urodziła, tam żyła”… — myślał o Korze.
Nie zazdrościł jej udziału w wyprawie odkrywczej. Pragnął ujrzeć Ziemię… Nawet dla Stelli nie zgodziłby się lecieć do Alfa Centauri.
— Chciałbym już tam być — powiedział cicho.