— Na razie nie. Raczej nie — poprawił się Williams. — Ale po „naukach”, że mogą razem z ludźmi domagać się wspólnych praw, ich postawa zaczyna być zuchwała. Może już w tej chwili… Zresztą, nie chcę być zwiastunem złej wróżby. Moim zadaniem jest informowanie ekscelencji o prawdziwym stanie rzeczy. Tu zaś godziny mają znaczenie.

— Minuty — sprostował prezydent. — Dziękuję panu w imieniu moim i rządu. Tu trzeba działać błyskawicznie. Pozostanie pan, żeby wziąć udział w naradzie. Profesor też pewnie dorzuci coś nowego? — zwrócił się do Schneeberga, który przed chwilą wszedł do gabinetu i siedział w milczeniu czekając swojej kolejki.

— Przypuszczam, że niewiele — odrzekł fizyk. — Z pewnością ekscelencja ma lepsze informacje.

Prezydent skinął głową.

— Zwracam się do panów, jako do moich doradców, oraz jednocześnie jako do uczonych. Wypadki rozwijają się z nieprzyjemną szybkością. Policja jest w akcji, obawiam się wszakże, że to nie wystarczy. Radźcie, skoro jesteście — w głosie prezydenta nie wyczuwało się już zwykłej pewności siebie.

Pierwszy odezwał się Schneeberg.

— Wydaje mi się, że cała sprawa — mam na myśli masowy nastrój zaniepokojenia — jest po prostu wielkim nieporozumieniem.

— Jak pan to rozumie? — przerwał prezydent.

— Proszę o pozwolenie szczerego wypowiedzenia wszystkiego, co myślę. Wtedy mój udział w dyskusji wniesie może coś świeżego.

— Ależ proszę bardzo. Najwyżej uznam jakiś wyrażony przez pana punkt widzenia albo postawiony problem za zbędny czy niewłaściwy. Nic więcej. Proszę mówić bez skrępowania.