łuna świśnie ogromnym skrzydłem.

Głowy nasze — owoc upalny,

rozszalałe włosów płomienie

deszcz omyje jędrny i walny,

aż się do snu schylą na ziemię.

Jeszcze chleby, jabłka jak księżyc

stół sosnowy zalegną kołem,

dłonie szorstkie, tak nieporęczne,

chleb przełamią z bożym aniołem.

A na skronie, gdy sen nas stłumi,