chmury płyną. Dojrzałość lepko się przelewa.

Widnokręgiem o świtach ciągną kluczem drzewa.

I ludzie ci żałośni, w nieobeschłych gruzach,

pod namiotami cyrków, w świergocie karuzel,

unoszą się jak łachman, wśród dymu śpiew niosą

weseli. Jak wyzwanie sczerniałym niebiosom.

Długie, suche koryto — jest to dno strumienia,

gdzie leżymy jak kamień pod kurzawą gwiazd.

Tyle jeszcze milczenia strasznego jest w ziemi,

że chyba go wystarczy na niejedną śmierć!