a dniem na noc czekając, na splątany kłąb

ciemnych organów ciszy, które wiały w głąb,

jak wir lodowej rzeki. I huczała trwoga.

Przychodził do niej we śnie długi cień,

rozchylał płatki nocy, co pod jego ręką

rozwijały się, szumiąc jak spalony kwiat,

i nazywał imieniem pory wszystkich lat,

i zamykał skinieniem sny jak morza lęku.

I przyszedł pierwszy raz, i nawiał obłok biały,

a chłodne bryły lodu tej nocy — w staw przemienił,