aż spłynie wieczór gęsty z szarych tapet

i westchnie jesień odległych pociągów wysapem,

szarość pokoi podpali się zgniłą purpurą chryzantem.

W nocy pies we mgle szczeka,

rozpruwa szwy ciszy

i czkawka echa kaszle z przegniłych płuc podwórz.

Nie chodź po zwiędłym zmroku, lepiej okno otwórz:

przestrzeń powiewa w usta gorzką, wonną jesień.

Dni nienawiści

Trzeba nam było długo iść w nienawiść