żeby ją świt odkruszył, którym niebo pęka,

świt... jeszcze jeden granat spadły w gęstej bieli.

A nocą okna w obcych, pustych miastach

pluły nam nienawiścią w czarny kontur twarzy

i szczekały po nocach charczącym budzikiem

dalekich karabinów,

by usta nam sparzyć,

i budziły gwałtownym, z żył wyprutym krzykiem,

który sypał się w czaszce w rozpalony ołów

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .