zamień w drzewo».

Cień u stóp jak motyl drżał.

Zmilkła panna. Strzelec wstał,

zgarnął z powiek ciężkie niebo —

pułap snu.

Ze słonecznych witek promień

jeden wyciął — sczynił2 łuk.

Wracał strzelec, przy nim panna,

przepłynęli bór do rana.

Już się świt dopalał,