wyżej. Wiał chłód spokojny i szumiała trwoga.
Była cisza. Powoli szli tak, nieśli razem
ciężar, co z każdym krokiem stawał im się głazem
w dłoniach serdecznych. Pościel wzdęta wklęsła
i leżał nieruchomy tak — jak przedmiot ważki,
który nie znając trwogi, nie zapragnął łaski.
Twarz miał rzeźbioną w wosku, minuty mu ryły
coraz ją głębiej, niżej zapadała w siebie,
i oczy, które tyle udźwignęły siły,
wędrowały daleko po otwartym niebie,